Jak przygotować się do egzotycznego wyjazdu z niemowlakiem?

30.10.16r. Jak przygotować się do egzotycznego wyjazdu z niemowlakiem?

  

Coraz więcej z Was pyta mnie jak przygotować się do egzotycznego wyjazdu z małym dzieckiem. Piszecie do mnie maile, pytacie mojego męża na warsztatach,  znajomi dzwonią i proszą o listę najważniejszych rzeczy, które należy zabrać ze sobą w tropiki. Czas więc taką listę oficjalnie opublikować :).

  

Ale zanim przedstawię Wam taki spis, pozwolę sobie napisać dlaczego warto wyjeżdżać z dziećmi aż tak daleko, bo do dziś niektórzy pytają czy to bezpieczne…

Uważam, że są dwie rzeczy na które nie warto żałować pieniędzy – podróże i edukacja.  To co zobaczymy i czego się nauczymy będzie nasze na zawsze. Nikt nam tego nie odbierze. Już nie wspominając o tym, że podróże są idealne do pielęgnowania związku dwojga ludzi. Spędzanie wspólnie chwil z dala od szarej codzienności i dzielenie się radością z odkrywania nowych miejsc, smaków, poznawania nowych kultur bardzo łączy.  Jestem zdecydowaną przeciwniczką smakowania urlopu w pojedynkę, czy tylko z kolegami, czy koleżankami, bez uwzględnienia partnera życiowego.
Ja kocham podróżować i pojawienie się w moim życiu dzieci nie przeszkodziło mi w realizowaniu swoich marzeń i kiedy tylko mogę planuję kolejne wojaże.

  

Rok temu w styczniu, dzień po pierwszych urodzinach synka wsiedliśmy do samolotu i po prawie dziesięciu godzinach lotu wysiedliśmy w raju. Tajlandia to jedno z najwspanialszych miejsc w jakie mogliśmy zabrać nasze dwunastomiesięczne dziecko w środku zimy. Dla dziecka, które od kilku tygodni chodzi, możliwość zrzucenia ciężkich buciorów i biegania boso po piasku jest cudownym przeżyciem i świetnym treningiem dla stópek. Młody najpierw czuł się dość niepewnie, nieprzyzwyczajony do takiego podłoża, ale szybciutko nabrał pewności i zaczął pewnym krokiem przemierzać  plażę i brodzić po wodzie. Jedenaście dni biegania na bosaka na pewno było dla niego dużym kopem hartującym organizm i zwiększającym odporność. Poza tym nauczył się bardzo dobrze chodzić i nikt patrząc na niego nie powiedziałby, że tę umiejętność zdobył zaledwie 5 tygodni wcześniej.  
Do tego doszła olbrzymia dawka witaminy D3 oraz witamin i minerałów ze świeżych, lokalnych owoców i mnóstwo kwasu laurynowego z wody pitej prosto z kokosów. Czyli same korzyści, nie wspominając już o dwudziestoczterogodzinnej obecności zrelaksowanych rodziców…

Część z Was spyta o bakterie i egzotyczne wirusy. Tak, też słyszałam o np. dendze, ale mimo wszystko świadomie zabrałam dwunastomiesięczne dziecko do Tajlandii. I wiecie co? Widziałam tam skandynawskie 3-6 miesięczne dzieci, więc nasz Młody wyglądał wśród nich jak stary podróżnik…  A bakterie czyhają na nas w każdym miejscu i na pewno świadomość ich istnienia nie jest dla mnie przeciwwskazaniem  do zabierania dziecka w dalekie podróże, bardziej boję się w okresie jesienno-zimowym chodzić po hipermarkecie  z niemowlakiem…  A temacie egzotycznych bakterii wystarczy, że będziemy dbać o higienę stosownie do miejsca, w którym aktualnie przebywamy.

No, ale wracając do tematu postu, poniżej lista rzeczy bez których po raz drugi nie wyleciałabym w tropiki z niemowlakiem.

Na pierwszy ogień idzie apteczka. Najważniejszy w niej jest dla mnie termometr, paracetamol w czopkach, preparaty „na brzuszek” oraz środki dezynfekujące i materiały opatrunkowe. Dodatkowo tuż przed wyjazdem poszliśmy do naszego pediatry po receptę na kilka produktów w razie poważniejszych komplikacji zdrowotnych. Ale o tych ostatnich nie będę tu pisać, bo rodzic bez wykształcenia medycznego, w razie godziny „W” powinien niezwłocznie udać się do miejscowego lekarza. W temacie termometru, to mam go zawsze podróżując z dziećmi i bardzo żałuję, że od kilku lat nie da się już kupić w Polsce termometrów rtęciowych. Mój egzemplarz ma prawie tyle lat ile ja… i świetnie wskazuje temperaturę organizmu. Jakoś nie mogę się przekonać do termometrów elektronicznych, które w trakcie kilku pomiarów następujących bezpośrednio po sobie wskazują kilka różnych wartości… I takie same doświadczenia mam niezależnie od tego, czy termometr kosztował dwadzieścia, czy prawie dwieście złotych.
      
No i niestety mimo swojej najszczerszej niechęci do otwierania apteczki na wakacjach, musiałam z niej wyciągnąć mój historyczny termometr, który jednego pięknego popołudnia w połowie wyjazdu włożony pod paszkę Młodego pokazał aż 39 stopni. Na szczęście gorączka minęła sama (!) i na drugi dzień mogliśmy dalej cieszyć się urlopem. W apteczce miałam paracetamol w czopkach, ale nie musiałam go użyć, bo mimo wysokiej temperatury Młody był w dość dobrej formie. Myślę, że każda matka uważnie obserwując swoje dziecko wyczuje chwilę, w którym zbicie gorączki jest niezbędne. U nas do takiego momentu nie doszło, bo organizm dzięki naturalnemu mechanizmowi obronnemu, jakim było podniesienie ciepłoty ciała zabił paskudztwo, które go zaatakowało. W naszym przypadku Młody został zaatakowany od strony przewodu pokarmowego, bo razem z gorączką pojawiła się też luźna kupa… i tak płynnie przeszliśmy do preparatów „na brzuszek” – węgla, probiotyków i elektrolitów. Dodatkowo w mojej apteczce pojawił się miejscowy specyfik zwany „latającym królikiem”. Naprawdę nie mam pojęcia skąd wzięła się ta nazwa, ale lek działa (odkaża przewód pokarmowy), można go stosować już u kilkumiesięcznych dzieci i jest dostępny bez recepty w lokalnych aptekach. Jeśli planujecie być w Tajlandii, to warto kupić go sobie na „wszelki wypadek”. Latający królik świetnie radzi sobie i z polskimi grypami żołądkowymi ;). Na zdjęciu poniżej znajdziecie opisywany specyfik. Oczywiście nie namawiam do przyjmowania żadnych leków bez konsultacji ze specjalistą… ale myślę, że przed wyjazdem do Tajlandii warto porozmawiać z zaprzyjaźnionym lekarzem i mieć przygotowane schematy postępowania w nagłych przypadkach.
U nas na szczęście w nocy było już po gorączce. Luźniejsza kupa pojawiła się jeszcze kilka razy, ale nie martwiliśmy się za bardzo tym faktem bo Młodemu wrócił apetyt, co dało nam pewność, że nie cierpi na ból brzuszka.

Można powiedzieć, że awaria została stłumiona w zarodku, ale jej pojawienie przerwało nam pierwszą próbę odpieluszkowania. Byliśmy zaopatrzeni w cały arsenał produktów niezbędnych w tym temacie  - nocniki (i tekturowe TRONy, i nocnik turystyczny Potette Plus, będący zarazem nakładką sedesową), podkładki do wózka, 20 par slipów – ale po dwóch luźniejszych kupach poddaliśmy się i założyliśmy Młodemu pieluchę…. ;). A w związku z tym, że przy pozbywaniu się pampersa najważniejsza jest konsekwencja i stałe chodzenie w majteczkach, to w Tajlandii nie udało nam się zrealizować naszego planu…
   
I tak od apteczki przeszliśmy do kolejnego niezbędnego produktu jakim jest turystyczny nocniczek. O ile w przypadku odpieluchowywania Potette Plus jest niezbędnym gadżetem, to niektórym wydaje się, że większe dziecko umiejące już korzystać z toalety nie potrzebuje tego produktu. Ale ja uważam inaczej. Po co narażać dziecko na stres zsiusiania się z braku możliwości szybkiego odnalezienia toalety? Czy nawet patrząc na to tylko z higienicznego punktu widzenia – wprowadzanie dziecka do publicznej toalety czasami jest sporym wyzwaniem, a szczególnie w krajach azjatyckich, gdzie w wielu cywilizowanych miejscach obok  toalet „western style” funkcjonują miejsca „na narciarza”…  Dlatego nawet dla pięciolatka warto zapakować do walizki nocniczek Potette Plus, który z zależności od potrzeb można wyposażyć w silikonowy wkład lub pochłaniające ciecz i przykre zapachy woreczki. Nocniczek jest super, bo dzięki niewielkim rozmiarom i wadze idealnie zmieści się w każdym wózkowym koszu. Idealnie uzupełnia się z tekturowym TRONem, który zmieści się nawet w damskiej kopertówce.

Po tej małej dygresji nocnikowej wracam do zawartości apteczki. Wybierając się w tropiki warto pamiętać, że po zmroku pojawiają się tu komary… Oczywiście na miejscu znajdziemy pełen arsenał środków do walki z nimi, ale nie każdemu się chce zaraz po przylocie biec do sklepu i robić zakupy, więc warto jeden mały antykomarowy specyfik mieć ze sobą. A jeśli Wy albo Wasze dzieci macie słodką krew, to pomyślcie też o zapakowaniu czegoś co przyniesie ulgę po ukąszeniu. Bo niezależnie od tego czym byśmy się nie smarowali, to kilka komarzyc i tak nas dopadnie… Przynajmniej ja tak mam…
W temacie zabezpieczenia antykomarowego nie wolno zapomnieć o moskitierze do wózka. My zapomnieliśmy… To naprawdę spore udogodnienie dla Maluszka.

Słońce w Tajlandii jes bardzo ostre, zdecydowanie za ostre dla skóry niemowlaka. ALe oczywiście nie oznacza to, że od 11 do 16 nie wychodziliśmy z hotelu... Młody miał specjalny kombinezon kąpielowy z rękawkami i nogawkami chroniący go przed zbyt dużą dawką promieniowania UV. W komplecie z takim strojem można kupić też czapeczkę nadającą się do wody i nieprzepuszczającą promieniowania UV.

Lecąc w tropiki koniecznie trzeba zaopatrzyć się w pieluszki, otulacze i kocyki bambusowe, które zablokują szkodliwe promieniowanie. Tu znajdziecie namiar na bardzo fajne produkty marki Camphora.
  
 

Wiem, że mówi się, że najmniejsze dzieci powinny chodzić w skórzanych bucikach, ale wierzcie mi, że na takim wyjeździe najlepiej sprawdzają się gumowe sandałki na rzepy… Naprawdę nic się nie stanie dziecku jeśli przez tydzień czy dwa będzie biegało w takim obuwiu.

Do bagażu podręcznego koniecznie zapakujcie zabawki i gry oraz sporo jedzenia dla dzieci. My do Tajlandii lecieliśmy ponad dziewięć godzin, a wracaliśmy dwanaście… Do tego doszło pięciogodzinne oczekiwanie na samolot (dwie w standardzie plus trzy wynikające z opóźnienia…). O przygotowaniu odpowiedniego prowiantu warto pamiętać szczególnie w drodze powrotnej, bo o ile na pewno nie będzie problemu z zakupem jedzenia na lotnisku w Polsce, to niestety może się zdarzyć, że w lokalnym porcie lotniczym nie będzie otwartych sklepików, a nawet jak będą, to poza słodyczami i pamiątkami nic więcej w nich nie będzie… A nawet jak będzie, to może nie być możliwości zapłacenia kartą a my możemy nie mieć już lokalnej waluty… My właśnie mieliśmy taką sytuację.  Na lotnisku w Krabi chciałam kupić sobie herbatę, ale nigdzie nie można było zapłacić kartą, a sprzedawcy nie chcieli przyjąć dolarów… A my dzień wcześniej celowo wydaliśmy wszystkie tajskie bahty, żeby nie wieźć ich do Polski…

Będąc w tropikach aż szkoda byłoby nie pić wody prosto z kokosa. Żaden inny napój na świecie nie ma tylu składników odżywczych. Co więcej jedynie mleko matki i woda kokosowa zawierają kwas laurynowy, mający właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe oraz przeciwgrzybiczne.  Jeśli Twoje dziecko nie potrafi jeszcze pić przez słomkę, to polecam zakup w aptece plastikowej strzykawki Żaneta. Będzie idealna do wyciągnięcia wody z kokosa i podania jej niemowlakowi. Nasz synek właśnie w Tajlandii nauczył się picia przez słomkę, ale Żaneta była bardzo wygodną alternatywą podania mu tego napoju. My w Tajlandii nie piliśmy w ogóle wody. Całkowicie zastąpiliśmy ją płynem wysysanym z kokosów. Potrafiliśmy dziennie opróżnić nawet po siedem kokosów…

Tajskie jedzenie słynie z ostrości. Ale nie martwcie się, że dla Waszych dzieci potrawy będą za pikantne. Do każdego dania można zamówić ryż bez żadnych przypraw i do tego dobrać sobie łagodne dodatki – jajko, warzywa, mięso. Naszemu rocznemu synkowi bardzo smakowało wszystko co dostawał na talerzu.

    

Napisałam co warto, więc teraz kilka słów czego nie warto brać na wyjazd w cywilizowane miejsce?
Na pewno można sobie odpuścić pieluchy, mokre chusteczki czy jedzenie w słoiczkach. Wszystko to można kupić na miejscu.
W większości hoteli czeka też na nas łóżeczko turystyczne – warto o nie spytać mailowo jeszcze przed wyjazdem. Wtedy będziemy spokojni, że znajdzie się w pokoju przygotowanym na nasz przyjazd. Za zamówienie łóżeczka nie jest pobierana żadna opłata. Nie warto brać ze sobą zabawek do piasku – zawsze coś fajnego znajdzie się na miejscu.

Czyli podsumowując w niezbędniku powinny znaleźć się następujące produkty:
- termometr do mierzenia ciepłoty ciała,

- paracetamol w czopkach w odpowiedniej dawce do wagi dziecka,
- węgiel na zatrucia (mniejszemu dziecku można rozdrobnić i podać na łyżeczce w postaci pulpy wymieszanej z wodą, starsze samo rozgryzie),
- elektrolity,

- probiotyki (warto zacząć je dawać dziecku już na kilka dni przed wyjazdem, pomoże to nam zwiększyć odporność na zatrucia pokarmowe),
- coś do odkażania skóry,

- coś do odkażania wody (np. nadmanganian potasu),

- środki odstraszające komary,
- środki łagodzące świąd po ugryzieniu przez owady,

- moskitiera do wózka i ewentualnie na łóżeczko,

- nocnik turystyczny, ja nie znalazłam lepszych na rynku niż TRON i Pottete Plus,

- specjalny strój kąpielowy z nogawkami i rękawkami chroniący przed promieniowaniem UV,

- gumowe sandałki,

- bambusowe kocyki i pieluszki chroniące skórę dziecka przed promieniowaniem UV. Ja bardzo lubię produkty marki Camphora – mają przepiękną oryginalną kolorystykę, są bardzo dobre jakościowo – prałam je wielokrotnie i ciągle wyglądają jak nowe, są  lekkie i przewiewne, a do tego są sprzedawane przez przemiłą mamę piątki (!) dzieci.

- zabawki i gry, które zajmą dziecko w trakcie lotu,

- jedzenie na czas podróży,

- plastikowa strzykawka Żaneta, 

- kamizelka ratunkowa dla dziecka (o ile planujecie zwiedzanie okolicznych wysepek).

Wyszedł mi strasznie długi post. Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca... Jeśli tak, to życzę Wam cudownego urlopu w Tajlandii albo innym jeszcze bardziej egzotycznym miejscu! A jak wrócicie, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami :).

    

bezpieczne podróżowanie

KOMENTARZE: (7)

31.10.2016 | Ewa Łysek

Super korzystać z takich sprawdzonych rad. Od jakiegoś czasu myślimy z mężem nad wyjazdem gdzieś dalej może w końcu się uda

31.10.2016 | Aga

My byliśmy z 7 miesięczna panna na Mauritiusie i było bosko. Nie musiałam martwić sie o komary ani inna florę bakteryjna! Pora roku tak dobrana, ze nawet słonko nie zrobiło nam krzywdy

01.11.2016 | Mamusia Kacia

Na nas nic na komary nie działa a co do postu to fajnie ze o tym napisalas na pewno wiele Mam z tych rad skorzysta. A powiedz mi bo dostalam na wypisie ze szpitala informację o podawaniu dziecku probiotyku od 15 dnia do 3 miesięcy pod nazwa neonatus LCR pytalam w szpitalu o to bo rodząc 3 lata temu tego nie było a w szpitalu położna stwierdziła ze weszlo to dwa lata temu zas pediatra mówi żeby tego nie podawać a położna środowiskowa by dac chociaż co drugi dzień albo kupić tańszy zamiennik jedno opakowanie nam się skończyło i pytanie czy kupić czy nie

04.11.2016 | Mama Bezpiecznego Malucha

Mamusiu Kacia, zaskoczyłaś mnie swoim pytaniem... Nie słyszałam o konieczności podawania tego produktu. Podpytam zaprzyjaźnionego pediatrę i dam znać :)

08.11.2016 | Mamusia Kacia

Dziękuje i czekam na wiadomość

10.11.2016 | Mama Bezpiecznego Malucha

Mamusiu Kacia, Pytałam zaprzyjaźnionego pediatrę. Poza tym kilka mam wypowiedziało się w tym temacie na FB Bezpiecznego Malucha. Nie ma żadnych nowych standardów postępowania z noworodkiem. Preparat, który Ci zalecono jest stosowany w profilaktyce bólów brzucha i zapalenia jelit. Jeśli Twoje dziecko jest w grupie ryzyka, to po konsultacji z lekarzem możesz stosować ten produkt albo jego tańszy odpowiednik. Jeśli nie, to potraktowałabym go jako jeden z wielu probiotyków, po który sięga się w uzasadnionych przypadkach.

15.11.2016 | Mamusia Kacia

Dziękuje za odpowiedz czyli lekarze w szpitalu byli w błędzie samo wyjście ze szpitala kosztowało nas 150 zł w aptece

Polecamy
Najnowsze wpisy
Archiwum
Tagi